Bo widzicie, to wcale nie tak, że się obijam. Wręcz przeciwnie - miotam się między wieloma zajęciami, ledwo wyrabiam się ze wszystkim. Tak to już bywa przed wyprowadzką. Jutro znów powita mnie Toruń i pewnie nagle okaże się, że mam nadmiar wolnego czasu. A teraz? Siedemnaście spraw rozgrzebanych, nie mam sił dokańczać robótek, ciągle tylko zaczynam kolejne. To i pochwalić nie ma się zbytnio czym. Żeby jednak nie trzymać Was w niepewności (jakby mi się to kiedykolwiek udało...), trochę newsów ode mnie.
Po pierwsze, po długich bojach własnych i maminych, udało mi się skończyć puzzle imieninowe. Oj, ciężka to była batalia, przynajmniej momentami. W dodatku w paczce zabrakło dwóch puzzli, ale sprawa ta jest właśnie załatwiana z Biurem Obsługi Klienta.
Po drugie, jak to ja, mam kolejny nieukończony projekt: stolik pod laptop, do mojego nowego mieszkanka toruńskiego. Faza wstępna wygląda tak:
Do tej pory udało mi się tylko zeszlifować górę i nogi. To potrwa... :P
Po trzecie, do rodziny maskotkowej dołączyła Mysza. Ciekawe jak długo przetrwa, będąc prezentem powitalnym dla Miszy, kociaka mojej przyjaciółki. Tak szczerze, to nie wróżę jej długiego życia, mimo błysku inteligencji w jej wyszywanych oczętach.
Po czwarte, zrobiłam pierwszą kartkę urodzinową - pomijając przedszkolne laurki. Nie powiem, że jest piękna, ale mi się podoba. Małemu kajakarzowi-żeglarzowi też powinna przypaść do gustu ;] Całość, rzecz jasna, z odzysku, jak to u mnie (wciąż jeszcze uważam, że pochodzę z Poznania. Nie wiem jak, ale na pewno :))
Po piąte, kompletuję zastawę na przyjazd królowej angielskiej. Jeśli zna ktoś namiary na takie filiżanki (ćmielowskie bodajże), to będę bardzo wdzięczna. Mam o cztery za mało, żeby być ukontentowana. Co nie zmienia faktu, że pewnie i tak ich nie użyję.
Po szóste, kupiłam sobie fartuszek. Biały, bawełniany. Muszę go przerobić, bo jest za duży, ale nie mogłam się oprzeć temu haftowi. Bardzo mi przykro, jestem uzależniona od buszowania po pchlich targach, lumpeksach i innych targach staroci. Moja wina, bardzo się nie wstydzę :P
Po siódme, szumnie zapowiadany sweter ma na razie plecy i gdzieś 1/3 przodu. W tym sezonie i tak się już nie przyda. Może dlatego zaczęłam już robić sobie szalik zamiast kończyć upragnione ażury? :P
0 komentarze:
Prześlij komentarz