niedziela, 30 października 2011

Obsypać ich złotem...!

...czyli kolejna seria zdjęć z prawej nogi Borów Tucholskich. Niech zdjęcia mówią same za siebie :)










Uwaga, bonus: tak wyglądam teraz. Słodko i uroczo, ot co.

piątek, 21 października 2011

Przerywnik sfrustrowany

Uwaga. Poniższa notka nie ma żadnego związku z handmade'ami i kto chce, może ją pominąć. Ale może też poświęcić kilka minut ze swojego życia i pomóc mi zrozumieć jedną rzecz.

BlizzCon w trakcie. Zapowiedź nowego dodatku do World of Warcraft - w porządku. Mists of Pandaria - okej, tytuł jak tytuł. Maksymalny level 90 - to było do przewidzenia. Zmiana systemu talentów - nic, do czego gracze nie byliby przyzwyczajeni.

Może mi ktoś jednak wyjaśnić, dlaczego nowy dodatek do WoWa wygląda jak Kung Fu Panda 3?

środa, 19 października 2011

Toruńskie berety

Mieszkanie w Toruniu ma wiele zalet. Skoro Agnieszka (krakowianka z umiłowania, ale torunianka z trzyletniej przeszłości) może wypisywać, co takiego w Toruniu lubi, to ja też mogę.

A ja najbardziej lubię berety.

Nie jest tajemnicą, że Toruń moherowymi beretami stoi. Mniejsza z tym, jaki ma to związek z rzeczywistością (bo właściwie zagęszczenie moherowych beretów jest takie samo jak w każdym innym mieście), grunt, że bereciki są równie związane z Toruniem, jak pierniki, Kopernik i Padre Direttore (mamy taką restaurację, wiecie?).

Dlatego też ostatnio dziergam bereciki. Zrobiłam ich już całkiem sporo, część bardziej przewiewną, część mniej przewiewną. Czerwone, niebieskie, szare, białe. Wciąż szukam idealnej dla nich formy, wielkości, wzoru i koncepcji. Chociaż odnoszę wrażenie - zwłaszcza o siódmej rano na tramwajowym przystanku - że czas przerzucić się z ażurów na wełny i warkocze.


(Kto wie, do jakiego malarza/obrazu chciałam tu nawiązać, tylko wiatr mi zawiał złośliwy? Przewidziane nagrody! ^^)

niedziela, 16 października 2011

Gwałt na hafcie kaszubskim

Drodzy Czytelnicy!

W dzisiejszym odcinku zajmiemy się spędzającym sen z oczu zagadnieniem, jakim jest kwestia wykonywania haftu kaszubskiego tak, żeby kaszubskie hafciarki za głowę się łapały (ew. zachowywały jak Jean-Luc Picard - ten w czerwonym, jakby ktoś nie znał Star Treka).

Potrzebne są nam:

  • Nudna torba, kupiona gdziekolwiek, najlepiej na wyprzedaży, coby nam żal nie było. Sięgamy z pełną świadomością czynu po książkę p. Barbary Rezmer "Jak haftować po kaszubsku" lub inną o tejże tematyce. Wzgardzamy rozdziałami poświęconymi szkołom haftu, doborowi nici, kolorów, ściegów etc., przerysowujemy z tyłu książki co ładniejsze wzory, nie zapominając o oddaniu hołdu własnej nieskromnej osobie.


  •  Wybieramy z naszych wielkich kolekcji nici kolory, jakie najbardziej nam odpowiadają. W moim przypadku były to kolory jak najbardziej podstawowe, żeby nikt nie miał wątpliwości, do jakiego typu haftu zamierzam nawiązać. Gdyby ktoś miał ochotę uwiecznić lub sprofanować jakąś konkretną szkołę, zapraszam do poszukiwań w odpowiedniej literaturze. Biorąc pod uwagę moje pochodzenie, powinnam profanować szkołę borowiacką, ale w niej używa się brązów, żółcieni i złota, co jednak zupełnie nie jest moją kolorystyką. 

  • Najdłuższa część zabawy - wyszywamy. Ściegiem atłaskowym, sznureczkiem, jakkolwiek nam przyjdzie do głowy. Robimy to gdzie tylko się nam zachce, kwadrans przerwy między zajęciami nie może być wyjątkiem. Doprawdy, kto mi zabroni wnieść igłę na teren uczelni? 


(Koleżanka Karolina twierdzi, że poniższy motyw wygląda jak szczurek. Ale ona ma chomika, więc jest spaczona na tym punkcie)


(Na poniższym obrazku występuje coś, co po zajęciach z grafiki książki dawnej należałoby nazwać arabeską z niebizantyńskim perełkowaniem. Obawiam się, że w hafcie kaszubskim toto powinna być gałązka z wisienką)


(Jak mówił Stanisław Jerzy Lec, "skromność jest zaletą tylko przy braku innych zalet". Chwalmy się!)

  •  Najlepsza część zabawy - chwalimy się wszem i wobec. A co sobie będziemy żałować :).

sobota, 1 października 2011

Oto śmierci maszyna, której nic nie zatrzyma!

Napędzana na 230 V! I potencjalnie zatrzymywana przy każdym złamaniu igły/pęknięciu nici/zamyśleniu się "krawcowej"/zmianie koncepcji/wielu innych sytuacji. Ale skoro mój Mężczyzna uparł się nazywać moją nowiutką maszynę do szycia "maszyną śmierci", pozostało mi się dostosować.

Ano tak, kupiłam sobie maszynę. Długo szukałam takiej, która zarówno spełniałaby moje potrzeby, jak i mieściła się w studenckiej zdolności kredytowej. W sukurs, jak to zwykle bywa, przyszedł mi pewien supermarket o nazwie czteroliterowej i na "L". 


Myśl pierwsza: jejku, jak to cicho szyje! Po przerzuceniu się z Maminego Łucznika, któremu w przyszłym roku stuknie już ćwierćwiecze ciężkiej pracy na rzecz mojej rodziny, różnica jest przeogromna. Przestałam się bać, że maszyna odgryzie mi palce...

Podobno, gdyby spytać dowolną szyjącą osobę o jej pierwsze dzieło, niemal zawsze odpowiedzią byłaby poszewka na poduszkę. Ja poczyniłam pokrowiec na laptop, ale właściwie niczym się to od poszewki nie różni.


Z rzeczy bardziej ambitnych (choć wciąż z tego samego materiału, bo innego do Piernikogrodu sobie jeszcze nie dowiozłam), uszyłam sobie łapki kuchenne. Włożyłam między dwie warstwy materiału warstwę sztucznego wypełnienia do poduszek i przepikowałam, obszyłam lamówką. Niby nic, każda szyjąca blogowiczka nawet nie zaszczyciłaby tego spojrzeniem, jak sądzę, ale ja jestem przeszczęśliwa, że udało mi się coś uszyć zupełnie bez nadzoru, doradztwa i instruktażu.


 Ostrzegam, spodobało mi się. Będzie więcej!