Napędzana na 230 V! I potencjalnie zatrzymywana przy każdym złamaniu igły/pęknięciu nici/zamyśleniu się "krawcowej"/zmianie koncepcji/wielu innych sytuacji. Ale skoro mój Mężczyzna uparł się nazywać moją nowiutką maszynę do szycia "maszyną śmierci", pozostało mi się dostosować.
Ano tak, kupiłam sobie maszynę. Długo szukałam takiej, która zarówno spełniałaby moje potrzeby, jak i mieściła się w studenckiej zdolności kredytowej. W sukurs, jak to zwykle bywa, przyszedł mi pewien supermarket o nazwie czteroliterowej i na "L".
Myśl pierwsza: jejku, jak to cicho szyje! Po przerzuceniu się z Maminego Łucznika, któremu w przyszłym roku stuknie już ćwierćwiecze ciężkiej pracy na rzecz mojej rodziny, różnica jest przeogromna. Przestałam się bać, że maszyna odgryzie mi palce...
Podobno, gdyby spytać dowolną szyjącą osobę o jej pierwsze dzieło, niemal zawsze odpowiedzią byłaby poszewka na poduszkę. Ja poczyniłam pokrowiec na laptop, ale właściwie niczym się to od poszewki nie różni.
Z rzeczy bardziej ambitnych (choć wciąż z tego samego materiału, bo innego do Piernikogrodu sobie jeszcze nie dowiozłam), uszyłam sobie łapki kuchenne. Włożyłam między dwie warstwy materiału warstwę sztucznego wypełnienia do poduszek i przepikowałam, obszyłam lamówką. Niby nic, każda szyjąca blogowiczka nawet nie zaszczyciłaby tego spojrzeniem, jak sądzę, ale ja jestem przeszczęśliwa, że udało mi się coś uszyć zupełnie bez nadzoru, doradztwa i instruktażu.
Ostrzegam, spodobało mi się. Będzie więcej!