piątek, 25 czerwca 2010

Słodko-kwaśna radość

Nic nie poprawia mi nastroju równie skutecznie, jak pieczenie. Dlatego też powstały dzisiejsze babeczki.
Od Salonik Anat

Babeczki z malinami


4 jajka
1 szkl. cukru
1 szkl. mączki ziemniaczanej
3/4 szkl. mąki
1 szkl. oleju
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka octu

Całość ubić mikserem w kolejności niemal dowolnej (u mnie w domu ubija się jajka, dodaje cukier, mąkę, mączkę, proszek, ocet i na końcu olej). Przełożyć do foremek wyłożonych papilotkami - do 1/2 wysokości, ciasto piaskowe mocno rośnie. Położyć na wierzchu maliny lub inne owoce. Piec 25-30 minut w 170 stopniach.
Porcja wystarcza na 15 sporych babeczek lub na jedną zwykłą babkę (wówczas czas pieczenia to jakieś 40-45 minut). Ciasto pozostaje wilgotne przez pierwszy dzień lub półtora, smaczne jest do ostatniego kawałka.
Kiedyś się nam babka uchowała aż przez tydzień i wciąż była pyszna...

czwartek, 24 czerwca 2010

Garniec złota

A nawet dwa. Jeden u mnie, drugi u sąsiada. Najpiękniejsza tęcza tego roku.
Od Salonik Anat

czwartek, 10 czerwca 2010

Pozdrowienia z wakacji

Oficjalny początek letniej sesji na UMK: 15 czerwca
Koniec mojej letniej sesji: 10 czerwca

Niech Iluvatar błogosławi wykładowców robiących "zerówki".
I tych zwalniających "udzielających się" z egzaminów.
I w ogóle wszystkich, mam dziś dobry nastrój.

Mam też takie, o:
Od Salonik Anat
Kulki i reszta zakupione u Szalonej Joli, najbardziej pozytywnej "pani z pasmanterii" ze wszystkich mi znanych.
No i mam Mamę po warsztatach filcowankowych. Będzie się działo.

A mój brat doczekał się wreszcie zasłużonej Śmierci (o, mniej więcej takiej), i to z małym dodatkiem. Takim małym:
Od Salonik Anat
Śmierć Szczurów nadchodzi... nadbiega, przebierając króciutkimi łapkami! Ale wciąż jest przerażający.

środa, 2 czerwca 2010

Forward to time past

Zanim jeszcze pojechałam do domu, cieszyłam się burzą i całą resztą, o której pisałam, zdążyłam dokonać czynu. Czynu, o którym pisać będą legendy, a opowieść o nim przetrwa kolejną wojnę światową.

Skończyłam sweter.
Ten zielony.
Ten sprzed ponad roku.

Męczyłam się z nim nieziemsko, chociaż z pewnością dla wszystkich drutujących nie przedstawiałby on żadnej trudności. Ba, dla mnie też nie, wzór jest przecież prosty, ale... Dlaczego to się tak ciągnie?! Z dwojga złego wolę robić szaliki. Przynajmniej mogę skończyć w dowolnym momencie.

(Pomińmy litościwym milczeniem fakt, że sweter ten przeleżał 11 miesięcy, będąc w stanie: tył + 10 centymetrów przodu, a kolejne dwa: z napoczętym drugim rękawem)

Nic to, skończony, zaprezentowany wszem i wobec, mogę schować do szafy i nie wyciągać go już więcej. Ot, urok robótek.

Idę chyba stworzyć jakąś paskudną, okołokomputerową maskotkę.

Od Salonik Anat
Uprasza się o zaniechanie pytań, czemu trzymam pralkę na balkonie. Wyższy poziom abstrakcji myślowej byłej właścicielki mieszkania.