czwartek, 28 stycznia 2010

Czekoladowe jeże

Zdarzyło mi się dziś pogawędzić chwilę z Olą z roku i tak nam się jakoś zebrało na analizowanie jedzenia sesyjnego. Wiem, u mnie to temat dość często eksploatowany, bo kucharka ze mnie jak z Pollocka hiperrealista (że odniosę się do dzisiejszego wykładu doktora W.) i nic oprócz Jedzenia Taniego, Szybkiego i Bezmięsnego przygotować nie umiem. No, zdarzają mi się eksperymenty w stylu kurczaka w przecudownej panierce, ale o tym może kiedy indziej.
Nie w tym rzecz jednak. Pozwolę sobie zaproponować dziś czekoladowe jeżyki. Nie takie jak ten:



ale zbliżone bardziej do hmm... załóżmy, że piegusków bądź kupki... co by tu wiele mówić: płatków w czekoladzie.
Potrzebujemy zatem:
 - masła/margaryny - tak z 1/5, 1/6 kostki;
 - cukru - 2-3 łyżki;
 - kakao - do wyboru, do koloru;
 - mleka - tyle, żeby cukier się nie przypalił i żeby zakryć dno garnka;
 - płatków kukurydzianych - ile się da umieszać.
Wszystko prócz płatków wrzucamy do garnka, roztapiamy na małym ogniu. Może być do zagotowania, nie musi. Tyle, żeby połączyły się składniki. Wtedy wyłączamy gaz/prąd/zalewamy polana wodą i wsypujemy do garnka tyle płatków, ile się nam zmieści. Uwaga: zmieści, czyli tyle, ile jesteśmy w stanie wymieszać z masą tak, by wszystkie płatki były pokryte polewą, a całość trzymała się... no, w kupie. Jeśli przez przypadek masy wyjdzie nam dużo za dużo, możemy dodać do niej mąki - będzie gęstsze, więc w praktyce zmniejszymy zapotrzebowanie na płatki.
Przekładamy wszystko na miseczki i zaczynamy rozumieć, dlaczego nasuwała mi się tak "kupowa" frazeologia.
Smacznego - i piszę to bez złośliwości na twarzy, bo jeżyki NAPRAWDĘ są pyszne ^^.

Tak, z racji sesji nie tworzę ostatnio nic w sferze handmejdowej. Uczę się, gram, śpię. I czasem uda mi się przerobić dwa rządki swetra. Dziękuję za uwagę.
Ale już od 6 lutego...

niedziela, 17 stycznia 2010

Mam problem.

Jak zwykle. Ogólnie jestem strasznie podatna na problemy, pytania i narzekanie (zwane gwarowo w mojej wsi "jojczeniem").
Raz, nie mogę się zabrać za obfotografowanie mojego wymizianego kalinkowego cudeńka, które, rzecz jasna jest "w założeniu estońskim" szalem dla Mamy.
Dwa, mam niechęć do frywolitek, a znalazłam piękny wzór na kolię.
Trzy, dostałam na Gwiazdkę świetne farby witrażowe, a nie mam natchnienia, żeby ozdobić nimi lustro, które wczoraj zawisło w moim pokoju (dodam, że witraże kocham miłością silną i nieodwzajemnioną).
Cztery, zbliża się sesja, nic jeszcze nie umiem, nie mam chęci ani motywacji, żeby się za naukę zabrać. Oto efekty zeszłego roku i średniej 5,0 bez podjęcia jakiegokolwiek wysiłku.
Pięć, kupiłam sobie BattleChesta z World of Warcraft, co spowodowało, że czas, jaki pozostał mi na robótkowanie skurczył się do minimum.
Sześć, mam przykre wrażenie, że Lil nie otrzymała ode mnie paczki, co znaczy, że czeka mnie robienie wymianki dla niej jeszcze raz. Nie może dziewczyna być stratna tylko dlatego, że Poczta Polska mnie nie darzy sympatią.
Siedem, nie znoszę robić tego samego po kilka razy.
Osiem, denerwuje mnie moja własne umiejętność zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę. Dajcie mi deadline za rok, a za wykonanie zadania zabiorę się dzień przed nim.

Mam nadzieję, że następny post będzie szybciej i przepełni go radość życia.