Nie w tym rzecz jednak. Pozwolę sobie zaproponować dziś czekoladowe jeżyki. Nie takie jak ten:
ale zbliżone bardziej do hmm... załóżmy, że piegusków bądź kupki... co by tu wiele mówić: płatków w czekoladzie.
Potrzebujemy zatem:
- masła/margaryny - tak z 1/5, 1/6 kostki;
- cukru - 2-3 łyżki;
- kakao - do wyboru, do koloru;
- mleka - tyle, żeby cukier się nie przypalił i żeby zakryć dno garnka;
- płatków kukurydzianych - ile się da umieszać.
Wszystko prócz płatków wrzucamy do garnka, roztapiamy na małym ogniu. Może być do zagotowania, nie musi. Tyle, żeby połączyły się składniki. Wtedy wyłączamy gaz/prąd/zalewamy polana wodą i wsypujemy do garnka tyle płatków, ile się nam zmieści. Uwaga: zmieści, czyli tyle, ile jesteśmy w stanie wymieszać z masą tak, by wszystkie płatki były pokryte polewą, a całość trzymała się... no, w kupie. Jeśli przez przypadek masy wyjdzie nam dużo za dużo, możemy dodać do niej mąki - będzie gęstsze, więc w praktyce zmniejszymy zapotrzebowanie na płatki.
Przekładamy wszystko na miseczki i zaczynamy rozumieć, dlaczego nasuwała mi się tak "kupowa" frazeologia.
Smacznego - i piszę to bez złośliwości na twarzy, bo jeżyki NAPRAWDĘ są pyszne ^^.
Tak, z racji sesji nie tworzę ostatnio nic w sferze handmejdowej. Uczę się, gram, śpię. I czasem uda mi się przerobić dwa rządki swetra. Dziękuję za uwagę.
Ale już od 6 lutego...


0 komentarze:
Prześlij komentarz