Ostatnio uderzyła mnie pewna myśl, a że rzadko mam z tymi żyjątkami do czynienia, nawet się trochę zdziwiłam. Ze skomplikowanych obliczeń, jakich dokonałam, wynika, że sezon ślubno-weselny w moim otoczeniu można uznać za otwarty. Czy to znak, że czas już opuścić piaskownicę?
Nie chcę zostawiać zabawek, więc wezmę je ze sobą. Dostałam bowiem natchnienia i dziergam (kilka rzeczy naraz, jak zwykle), bo oczywiście okazało się, że do niemal-samodzielnie-uszytej sukienki nie mam żadnego pasującego żakietu ani szala, a do istniejącego koronkowego szala nie mam sukienki, a jak dopasuję sukienkę do szala, to buty nie będą pasować... Czyli sytuacja standardowa.
Wyjścia tradycyjnie dwa:
1. Kupić nową sukienkę i buty,
2. Zrobić sobie nowy szal.
To teraz już tylko cicho dodam:
Mam gdzieś 1/3, robiony granatową Peonią na drutach nr 3. Nienawidzę drutów z żyłką.
Następnym razem, jak wpadnę na coś, czego z każdym kolejnym rzędem przybywa na szerokość - zastrzelcie mnie.
Dam radę!
A w ogóle to do napisania po powrocie z Wawy. Obowiązkowe wycieczki powinny być nielegalne.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


1 komentarze:
Ojej! Jaki piękny! Ja cały czas się czaje na taką chustę, ale drutuję kiepsko, wolałabym na szydełku... Twoja jest piękna! Zazdraszczam!
Prześlij komentarz