sobota, 1 października 2011

Oto śmierci maszyna, której nic nie zatrzyma!

Napędzana na 230 V! I potencjalnie zatrzymywana przy każdym złamaniu igły/pęknięciu nici/zamyśleniu się "krawcowej"/zmianie koncepcji/wielu innych sytuacji. Ale skoro mój Mężczyzna uparł się nazywać moją nowiutką maszynę do szycia "maszyną śmierci", pozostało mi się dostosować.

Ano tak, kupiłam sobie maszynę. Długo szukałam takiej, która zarówno spełniałaby moje potrzeby, jak i mieściła się w studenckiej zdolności kredytowej. W sukurs, jak to zwykle bywa, przyszedł mi pewien supermarket o nazwie czteroliterowej i na "L". 


Myśl pierwsza: jejku, jak to cicho szyje! Po przerzuceniu się z Maminego Łucznika, któremu w przyszłym roku stuknie już ćwierćwiecze ciężkiej pracy na rzecz mojej rodziny, różnica jest przeogromna. Przestałam się bać, że maszyna odgryzie mi palce...

Podobno, gdyby spytać dowolną szyjącą osobę o jej pierwsze dzieło, niemal zawsze odpowiedzią byłaby poszewka na poduszkę. Ja poczyniłam pokrowiec na laptop, ale właściwie niczym się to od poszewki nie różni.


Z rzeczy bardziej ambitnych (choć wciąż z tego samego materiału, bo innego do Piernikogrodu sobie jeszcze nie dowiozłam), uszyłam sobie łapki kuchenne. Włożyłam między dwie warstwy materiału warstwę sztucznego wypełnienia do poduszek i przepikowałam, obszyłam lamówką. Niby nic, każda szyjąca blogowiczka nawet nie zaszczyciłaby tego spojrzeniem, jak sądzę, ale ja jestem przeszczęśliwa, że udało mi się coś uszyć zupełnie bez nadzoru, doradztwa i instruktażu.


 Ostrzegam, spodobało mi się. Będzie więcej!

niedziela, 25 września 2011

Pożegnanie z latem

Studenckie wakacje dobiegają powoli końca, a mi zrobiło się trochę melancholijnie na myśl, że to już ostatni weekend spędzany w domu przed rozpoczęciem roku akademickiego. Nie, żebym nie lubiła moich studiów, bo szczerze je uwielbiam, ale trzy miesiące swobodnego rozporządzania swoim czasem i energią potrafią człowieka rozleniwić.

Żeby jednak nie popaść całkowicie w jesienną chandrę (która właściwie nie ma u mnie racji bytu, bo jesień to moja prawie ulubiona pora roku), powspominam jeszcze chwilę ostatni letni spacer.

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy w Borach Tucholskich jest ładnie - niech sam popatrzy.






Uwaga, przypominam, że wszystkie zdjęcia zostały zrobione tego samego dnia! Nie moja wina, że na jednym spacerze mogłam i upleść wianek z fiołków, i zajadać się jabłkami z dzikich, polnych jabłoni.



Czy możemy przyjąć, że poniższe zdjęcie jest wytłumaczeniem mojej długiej nieobecności? :)


Pozdrawiam serdecznie z... nie, nie z serca. Bardziej z prawej nogi Borów Tucholskich :).

piątek, 23 września 2011

Ekwipunek niefrancuskiej niepokojówki

Zdarzyło mi się ostatnio zasiąść do maszyny do szycia. Wymagało to długich deliberacji, rozważania, kombinowania i przełamywania bezpodstawnych lęków. Stawka była jednak zbyt wysoka, by rezygnować.

Uszyłam przyjaciółce Agnieszce fartuszek, teoretycznie kuchenny. Choć wątpię, by czekało go częste wystawianie na kontakt z pryskającym tłuszczem, chlapiącym sosem pomidorowym i rozlewającym się czerwonym winem. Przynajmniej taką mam cichą nadzieję :)

Biała etamina, niebieska satynowa wstążka i wąska wstążka w biało-niebieską kratę przerobiona na kokardki. Przypuszczam, że całość wręcz wyje o ładniejsze zdjęcia, ale światło w akademikach rzadko sprzyja sesjom fotograficznym. Może kiedyś się je podmieni.

Agnieszko, słońce moje, jeszcze raz "Wszystkiego najlepszego!"


~*~
Wiem, że to mój pierwszy post od strasznie długiego czasu, jestem beznadziejną blogerką i nie umiem dotrzymywać składanych sobie samej obietnic. Dlatego też nie ogłaszam powrotu, nowej ery ani przełomu, ale postaram się aktualizować blog częściej. Niech no tylko odzyskam swój aparat, wbrew pozorom nie leniuchowałam przez tych kilka miesięcy :).
Pozdrowienia i uściski dla wszystkich, którzy wciąż o mnie pamiętają! Jesteście niezwykli/niezwykłe! :*

niedziela, 3 kwietnia 2011

Ślubnie mi

Ślub mi się zbliża. Nie mój, co prawda, ale jedynej i ulubionej Kuzynki w pierwszej linii, więc nie mogę się już doczekać. Jako wkład w przedślubne przygotowania, uszyłam Kuzynce podwiązkę. Trochę mi zalatuje stylem pasterskim, ale mam umysł skrzywiony, i dla mnie kombinacje biało-niebieskie są zawsze albo pasterskie, albo maryjne. W najlepszym wypadku marynarskie :).

Przyznam jednak, że z efektu sobotniego szycia jestem zadowolona - jest minimalistyczna (jak na mnie), bawełniana koronka ładnie się układa, wstążeczka się nie gniecie i wszystko wygląda tak niewinnie i dziewczęco, że aż zabawnie. Mam nadzieję, że spodoba się nie tylko mi, ale też właścicielce i jej mężowi in spe.

Zdjęcie haniebne, ale robione w pośpiechu, bo podwiązka zdążyła już powędrować w świat :).

Magdo, Alino, polubiłam robienie candy. Za jakiś czas powinno być kolejne, więc odwiedzajcie mnie czasami :).
Ruudex, jeszcze raz gratuluję. Myślę, że książka Ci się spodoba.
Jolu, dziękuję za zaproszenie. Odkrycie Twojego bloga było jak objawienie.
Poohatko, będzie jeszcze jakaś okazja do wygrania. Nie zaszczycałam nikogo postami, gdyż przechodziłam w życiu wyjątkowo trudny okres: byłam na odwyku od grania na komputerze. Sprawiło to tyle, że tłukłam się z kąta w kąt, nie wiedząc, w co ręce włożyć. Sytuacja już opanowana, odpuściłam sobie odwykanie, wykupiłam abonament do World of Warcraft i świat od razu stał się piękniejszy - i żyć się chce, i śpiewać, i dziergać. Z uzależnieniem nie wygram :).

sobota, 2 kwietnia 2011

And the winner is...


Gratuluję Ruudex wygranej, bardzo dziękuję wszystkim za zaszczycenie swoją obecnością mojego blogu i przypominam o możliwości zaszczycania mnie tu swoją stałą obecnością :).

Jeśli ktoś byłby bardzo niepocieszony po niewygraniu książki, mogę pożyczyć swój egzemplarz :).

Z braku wolnej sierotki (w Toruniu została) losowania dokonałam ja, w roli tła wystąpili: przedwojenny stół kuchenny i przedpotopowa miseczka w zajączki. W dzieciństwie niejedną bitwę o nią z bratem stoczyłam :).